Pieskie życie,  Podróże

Skalny Urlop

Majówka zawsze była dla mnie okazją do pierwszego większego ‚wypadu’ w roku. Za dzieciaka było to otwarcie sezonu sportów wodnych nad Zatoką Pucką (tak, śmigałam tak na windsurfingu jak i kitesurfingu 😉 ), później wyjazdy na zawody bądź kliniki jeździeckie tudzież tripy zdjęciowe. Od kiedy natomiast osiadłam na południu Polski, grzechem byłoby nie zaglądać w góry. W zeszłym roku były Pieniny, w tym, z racji szczeniaczka na stanie – Góry Sowie i Stołowe razem z miotową siostrą Kiełbaski – Chią.

Góry Stołowe pamiętam z podstawówki – wychowawczyni kochająca góry obierała właśnie te kierunki na wycieczki szkolne. Mimo mojej wątpliwej sympatii do chodzenia bez celu (tym bardziej pod górę) – jeździłam na te wycieczki w niskie partie polskich gór i zdobyłam nawet brązową odznakę PTTK. Surowy krajobraz, wąskie przesmyki i specyficzny chłód bijący od skał nawet w upalny dzień musiały wywrzeć na mnie spore wrażenie, od dawna bowiem kusił mnie powrót w te strony. Swoim tempem, z aparatem w ręce i … psem u boku 😉
Jak minął nam wyjazd? Czy Góry Stołowe są psiolubne? I czy warto czasem wstać wcześnie? O tym i o paru innych rzeczach poniżej.

ambitny początek

Wyjazd rozpoczęliśmy raczej nietypowo jak na wypad w góry – po drodze zahaczyliśmy bowiem o CACIB w Opolu. Uznając takie wydarzenie za całkiem niezły sprawdzian stanu wewnętrznej psiej skwarki i mając w zwyczaju dość spontanicznie uczestniczyć w potencjalnie ważnych wydarzeniach – byliśmy. Konkurencji nam brakło (Chorizo był jedyny w szczeniętach-psach, suczka nie wyszła na ring) także razem z oceną wybitnie obiecującą przypadł nam w gratisie tytuł Best Puppy i możliwość udziału w ‚finałowej’ klasie szczeniąt (z którego nie skorzystaliśmy, wiązałoby się to bowiem z czekaniem 4,5 godziny (!!!) w upale na kostce… podziękowaliśmy, grill u stóp Gór Sowich a przede wszystkim komfort psa miał jednak wyższy priorytet).
Wystawy raczej nie będą na czele moich ulubionych psich rozrywek, powtórka pewnie dopiero w klasie pośredniej – jeśli w ogóle.
Pies natomiast grzecznie siedział w klatce wśród caaaaałej chmary innych piesków, mieliśmy kontakt z bazą na ringu, psisko dało się obejrzeć, zmacać i nie siadał zamiast stać – uznałam to za sukces nie mniejszy niż zaszczytne Best Puppy 😉 O 12 byliśmy już w drugiej części podróży – kierunek Rościszów!

A na miejscu – istne szaleństwo (kto śledził facebooki szczeniaczków ten widział 😉 ). My rozpalaliśmy grilla, psy biegały w kółko. I biegały w kółko.
I jeszcze trochę biegania w kółko. Jakby ktoś pytał – nie, nie zmęczyły się, pauzy robiły na łyk wody bądź szybki popas. Zaprawdę, nie wiem cóż rosło w naszym grillowym ogródku, ale zwierzyna, chyba w myśl powiedzenia ‚jesteś tym, co jesz’, przemieniła się w przeżuwacze i jak na takowe przystało, zapychały się trawą i korzonkami (?!) w szaleńczym wręcz amoku. Powiedzmy, że oczyściły sobie układ pokarmowy…

sowa

Na poniedziałkowe popołudnie zaplanowaliśmy pierwszy i najbliższy górski cel – Wielką Sowę. Padło na czerwony szlak z Przełęczy Sokolej (miejscowość Rzeczka). Teoretyczna trasa na 2 godziny (góra-dół) zajęła nam prawie 4 – częste postoje i całkowity brak kondycji usprawiedliwialiśmy koniecznością robienia szczeniaczkom przerw i zdjęć – (tych jest naprawdę sporo), trasa jest jednak przyjemna a największa część przewyższenia (szalone 300m) zajmuje pierwszą ćwiartkę wiodącą wzdłuż stoku narciarskiego. Dalej, stosunkowo płaski już szlak wiedzie pośród lasów przyjemną, piaszczystą ścieżką gdzieniegdzie przeplataną kamieniami i korzeniami – skala trudności iście emerycka, da radę każdy urlopowy piechur i jego psisko. Na szczycie jest oczywiści piękny widok, wieża widokowa i zbieg kilku innych szlaków z okolicznych przełęczy.
Wybraliśmy się na zachód, w pracujący poniedziałek, nie zastaliśmy więc zbyt wielu ludzi jednak Chia melduje – w dni wolne bywają tam spore tłumy!

błędne skały

Budziki na 6:00, szybkie pakowanie, godzina w aucie (4 człowieki, dwa pieseczki – kto widział instastory to wie ;D), 20 minut oczekiwania na otwarcie parkingu.

Jakie otwarcie parkingu, co nie? Otóż wjazdy i zjazdy na parking górny Błędnych Skał rządzą się swoimi prawami ale o tym później.

Chcąc uniknąć dzikich tłumów i kolejek postawiliśmy na poranne zwiedzanie i na teren weszliśmy niewiele po 9 rano. Gdyby dało się w ‚normalny’ sposób wejść tam jeszcze wcześniej – na pewno byśmy skorzystali, niestety kasy, bramki i zamknięte parkingi skutecznie to utrudniają.
Było warto – na trasie nawet o 9tej rano było całkiem sporo ludzi, co ciaśniejsze przejścia zatykały się i korkowały a i o kadry bez nadprogramowych ludzi było zwyczajnie trudno (zatem na pewno wrócimy gdzieś pod koniec sezonu by mieć jak najwięcej miejsca dla siebie!) jednak tłok był znośny -trzeba się z nim było liczyć jadąc w tak znane miejsce w majówkę – nie było ani ryzyka zadeptania szczeniaczków ani, że komuś z nas (zapewne mi, wybitnie selektywnie społecznej jednostce) puszczą nerwy i zacznie na prawo i lewo okładać ludzi smyczą.

Przejdźmy jednak do sedna – jak się zwiedza Błędne Skały z psem?

Bardzo przyjemnie!

Najtrudniejszy (górnolotne słowo biorąc pod uwagę kilka metrów przewyższenia) jest sam początek i zarazem najwyższej położona część trasy – z kamiennego tarasu widokowego można podziwiać cudowną panoramę lub zrobić zdjęcie w Skalnym Siodle. Jak jednak wspomniałam, są to gołe skały, płaskie wprawdzie lecz pełne szczelin, śliskich krawędzi czy wysokich stopni. Mniejsze pieski zapewne będą wymagały przeniesienia przed ten fragment (głównie z uwagi na ludzi dookoła, którzy utrudnią swobodne poruszanie się), od większych natomiast trzeba będzie wymagać opanowania i świadomego stawiania łap – szalony bieg pod górę mógłby się skończyć fatalnie.
Po krótkim podejściu zaczynamy schodzić po skałkach w dół (i tu w szczególności przyda się opanowanie i kontrola nad psem) i docieramy chłodnego, ciasnego labiryntu. Tu spacer jest jest przyjemnością – trasa wyłożona drewnianymi ‚pomostami’, które po pierwsze dokładnie wyznaczają szlak i wbrew nazwie – nie da się tu zgubić, po drugie – przy opanowanym psie jesteśmy w stanie uniknąć całkowicie ubłocenia łap, ścieżka wiedzie nas bowiem ponad bagnistymi kałużami czy niewielkimi zagłębieniami z deszczówką (do których Chorizo zerkał tęsknym wzrokiem i tylko czekał aż stracę czujność).
Jednokierunkowa ścieżka w skalnym labiryncie to wg informacji na szlakach 40 minutowy spacer, w rzeczywistości uzależniony od tłumu, postojów czy ilości robionych po drodze zdjęć. Powrót do kas to kolejne 15-20 minut spaceru, tym razem szerokim drewnianym traktem pośród drzew, przeplatanym gdzieniegdzie tarasami widokowymi.

Nam oczywiście trasa zajęła dobre 4 godziny – tak to jest, jak wybierasz się na wycieczkę z dwoma fotografami (Pies do kwadratu coś o tym wie :D). Dołożyć do tego 2 ośmiomiesięczne border collie z małymi skwarkami zamiast móżdżków i mamy zaiste długą przeprawę z kilogramami sprzętu foto-psiego na plecach.
Z drugiej strony – surowy krajobraz skał jest tak piękny, że aż szkoda opuszczać szlak a wyjście ze skał do lasu powoduje lekki ucisk i chęć pokonania trasy raz jeszcze.

momentami jest tak ciasno, że nawet pieskie łapki się nie mieszczą i trzeba kombinować

Szliśmy sobie tak więc ścieżką, pieski biegały od prawej do lewej po błocie, były wkładane na skały, pod skały, obok skał, czasem same wybierały alternatywną trasę i nie wiedząc kiedy, trzeba je było zdejmować z wilgotnych pólek skalnych z miną wielce oburzoną ‚ale ja chcem tendy!’. Mimo krótkich smyczy, czekania w korkach przed co ciaśniejszymi korytarzami i wielu wymagań na raz (nie ciągnij, zostaw, noga, nie w błoto!), wydawały się czerpać co najmniej tyle samo radości z wycieczki co my. A to niezmiernie cieszy! Szukając szczeniaka moim priorytetem nie był talent w łapaniu plastikowych talerzyków czy docelowe wymiary ale właśnie ta (wspaniała) życiowość, ta radość ze wspólnie spędzanego czasu, możliwość wpakowania pieska w auto i jechania w najróżniejsze kierunki świata bez szkód moralnych dla niego. Bo cóż to za przyjemność podróżować z psem, który ewidentnie męczy się w warunkach, w których go umieszczamy?

Usłyszeliśmy oczywiście parę komentarzy za plecami: „Z psami w góry? W pośladkach się poprzewracało!”, „No patrz, kto to widział brać psa?”. Cóż, regulamin parku nie zabrania wstępu z psami, nakazuje jedynie trzymanie ich na smyczy i oczywiste sprzątanie po nich, nie ma więc absolutnie żadnych przeszkód formalnych, by psa ze sobą w Błędne Skały nie zabrać.

Sprawy techniczne:
Parking – są dwa! dolny – bezpłatny i górny – płatny.
Z dolnego parkingu czeka nas ponad godzinny spacer pod górę do kas i wejścia do Błędnych Skał. To tylko 200m podejścia i piękne okoliczności przyrody, my zdecydowaliśmy się jednak na wjazd na parking górny z dość prostego powodu – nie chcieliśmy przeciążać stawów szczeniaków, uznaliśmy bowiem, że spacer po Błędnych Skałach będzie dla nich wystarczająco dużym i nietypowym wysiłkiem jak na ten wiek. Ze starszymi psami na pewno skorzystalibyśmy z dłuższego spaceru.
Postój na parkingu górnym jest płatny i kosztuje 20zł a do kas mamy już tylko 100m. Trzeba jednak pamiętać, że wjazdy na parking są tylko o pełnych godzinach, trwają 15 minut i wjedzie tylko tyle aut, ile jest wolnych miejsc (jak my wyjeżdżaliśmy, słyszeliśmy ochroniarza komunikującego na krótkofalówce, że można wpuścić 45 samochodów). Zjazdy natomiast zaczynają się 30 minut po pełnej godzinie i trwają pół godziny, możliwe jest więc, że będziecie musieli chwilę poczekać na wyjazd.
Godziny otwarcia – 9:00-18:00 i jak się domyślacie – im wcześniej tym luźniej. Będąc przed 9:00 pod wjazdem na parking byliśmy czwartym samochodem w kolejce, do kasy biletowej również nie staliśmy zbyt długo. Gdy mijaliśmy ją natomiast po godzinie 13:00, ciągnęła się już na ładne 30m (i pewnie tyle minut stania), korek pod parkingiem natomiast przerósł nasze najśmielsze obawy – sznur około 100 samochodów rozciągał się po sporej części podjazdu pod bezpłatny(!) parking ( w takich godzinach zalecałabym rozpoczęcie spaceru jeszcze dalej i dojście pieszo szlakami). Poza sezonem warto sprawdzić, czy park jest w ogóle otwarty – w trudnych warunkach pogodowych jest zamknięty!
Trudność – kolejna trasa na poziomie wręcz emeryckim 🙂 Nie jest ani stromo ani zbyt długo więc nikt nie powinien się specjalnie przemęczyć. Jedynym utrudnieniem jest przeciskanie się w wąskich przesmykach – może wymagać zdjęcia plecaków, miejscami bowiem jest dosłownie kilkadziesiąt centymetrów i nawet moje, niezbyt szerokie ramiona nie mieściły się w całości.

skalne miasto

Kolejny dzień wolny dla Polaków, kolejna wycieczka, tym razem do naszych południowych sąsiadów. Budzik na 5:30, dojazd do Adsprach – 7:50!
Dlaczego tak wcześnie pewnie się domyślacie – dla Czechów 3 maja to dzień pracujący, jednak bliskość granicy i niesamowita atrakcyjność Miasta sprawia, że jest tam mnóstwo urlopujących się Polaków tak wiec dla własnego i psiego komfortu postawiliśmy na zwiedzanie o poranku.
O 8:00 został otwarty darmowy (!) parking, z którego w kilka minut dociera się piechotą do kas. 120kC za osobę i 10 za psa, w pakiecie bilety, mapki z opisami (po polsku) i papierowe paczuszki z łopatką na kupy, po jednej na psisko – można wchodzić!
Na terenie Skalnego Miasta mamy do dyspozycji główny, zielony szlak, jego żółtą odnogę prowadzącą do rejsu łódką po dawnej trasie spływu drewna (na który teoretycznie psom wstęp wzbroniony niestety, w praktyce na mikropsa na kolanie obsługa przymyka oko) oraz niebieską trasę wokół jeziorka – z uwagi na większe niż mikro pieski ograniczyliśmy się do szlaków zielonego i niebieskiego.
Po raz kolejny – warto było wstać wcześnie (i mówię to ja, nieuznająca wstawania z łóżka przed 10tą!). Rozpoczęliśmy spacer zupełnie sami a z uwagi na ciągłe robienie zdjęć i niespieszne tempo pozwalające napawać się widokami, sporadycznie mijały nas większe lub mniejsze grupki ludzi, nieodparcie zachwycające się a to pieskami na skałkach, a to na konarach, a to robiącymi śmieszne rzeczy. Nie wiem, czy to kwestia ‚jawnej’ psiolubności parku, widocznych znaków o nakazie trzymania psów na smyczy (świadczący o świadomej zgodzie zarządcy na wstęp z psem), czy bycia w obcym kraju, w którym panuje inne nastawienie do psów w przestrzeni publicznej – obyło się bez nieprzyjemnych komentarzy jak to miało miejsce w Błędnych Skałach, a przecież nadal mijali nas Polacy. Podzielę się tu z Wami smaczkami zasłyszanymi za plecami:
– Popatrz, wyglądają jak Dingo!
– Jakie śmieszne kundelki!

i mój absolutny faworyt

– Zobacz, długowłosy dalmatyńczyk!

Cóż, nie wyprowadzałam z błędu 😉

długowłosy dalmatyńczyk na piedestale

Adrspach to kolejne miejsce, które pamiętam jak przez mgłę ze szkolnych wycieczek i które na nowo mnie zachwyciło. Wilgoć, chłód bijący od surowych skał, niesamowite wzory i układy – miejsce wręcz abstrakcyjne i w tej swojej abstrakcyjności niesamowicie kojące. Nawet straszące burzą grzmoty i gwałtowna ulewa nie odebrały nam przyjemności, kurtki przeciwdeszczowe rozwiązały chwilowy ‚mokry’ problem i mimo planów znalezienia półki skalnej, pod którą moglibyśmy się schować – szliśmy dalej aż deszcz przestał padać, wróciło słońce i potrzeba szukania schronienia uległa przedawnieniu.

Chorizo i tym razem nie zawiódł – działało skupienie, działały komendy, wchodzenie na przedmioty (w tym przypadku na półki skalne czy konary), zostawanie, czekanie bez ruchu a również, magicznym sposobem, zatrybiła w skwarce koncepcja nieciągnięcia na smyczy! Pod tym względem majówka była przełomowa i zakończyliśmy etap wołu pociągowego (co było dość uporczywe i mimo błyskotliwości pieska – nieuleczalne na żadne znane mi sposoby).

Mysia Nora – w najwęższym punkcie tylko 50 cm

Skalne Miasto jest pod psim kątem o stopień (a dosłownie wieeeele drewnianych i metalowych stopni ;)) trudniejsze od Błędnych Skał. Początek nie zapowiada utrudnień – piaskowe ścieżki przeplatane są drewnianymi pomostami i mostkami, gdzieniegdzie trafić można na porośnięte korzeniami, naturalne schodki. Jednak im dalej w las (a może raczej w skały?) tym robi się stromiej i trudniej. Trasa wiedzie bowiem przez sporą ilość schodów. I to nie byle jakich – strome, wilgotne stopnie składające się z dwóch desek rozdzielonych sporą szczeliną i drobna, metalowa poręcz to wyzwanie dla człowieka a co dopiero psa. Aby nie przeciążać szczeniaczkowych stawów i nie chcąc ryzykować poślizgnięcia się nieskoordynowanych jeszcze w pełni łap na wilgotnym drewnie obraliśmy dwa scenariusze – gdy warunki na to pozwalały, Chorizo szedł z boku schodów po piaszczystych stokach. Tam, gdzie poza schodami była skalna, stroma ściana lub przepaście – znosiliśmy/wnosiliśmy szczeniaki na rękach.
Mniejsze i młode psy zdecydowanie bezpieczniej jest właśnie w ten sposób potraktować, mając na uwadze, że momentami jest naprawdę stromo i ciasno, tak więc nasze psisko musi być zaznajomione z koncepcją noszenia go na rękach i znosić to spokojnie. Próba wyszarpania się właścicielowi w połowie takiego zejścia mogłaby się dla obojga źle skończyć. Od większych psów, których na ręce nie da się wziąć z oczywistych względów trzeba będzie wymagać opanowania, powolnego schodzenia po schodach i sporej świadomości swoich łap, aby żadna nie wpadła pomiędzy deski stopni.
Nie chcę broń boże demonizować szlaku, który w większości jest płaski i przyjemny, warto jednak zastanowić się, czy nasz pupil pokona go bez szkody dla jego zdrowia czy komfortu. Mając szczeniaka, psa starszego z problemami ze stawami, otyłego, po niedawnej kontuzji czy mającego problemy ze spokojnym chodzeniem na smyczy (aka miotającego się na niej jak latawiec na wietrze i ignorującego podstawowe komendy) zastanowiłabym się dwa razy, czy trasa jest na psie (i nasze) siły. Jeśli natomiast zdrowotne i wychowawcze aspekty nie budzą żadnych zastrzeżeń – jeździe i czerpcie z wycieczki ogrom przyjemności! Wracając widzieliśmy bowiem takie smaczki jak podtuczony blablador na kolczatce, który ewidentnie z serii schodów zadowolony nie był.

O widokach i wrażeniach za wiele nie będę się rozpisywać – zdjęcia pokażą co się da, po resztę trzeba pojechać na miejsce 😉

Sprawy techniczne:
Parking – od samego rana był darmowy, znajomi mówili, że przyjechali później i już był płatny – kolejny argument za wczesną pobudką
Godziny otwarcia – 8:00-18:00
Trudność – spacerowa z dodatkami 😉 Jest trochę schodów po drodze ale zdrowym ludziom i psom nie powinny sprawić większych problemów, może pojawić się potrzeba wzięcia psa na ręce.

standardy majówkowe

Mimo miłości ogromnej do przechadzek i natury, nie jesteśmy szaleńczymi podróżnikami, co to zakładają plecaki i mkną przed siebie… Ja to nawet bym tak chciała ale ja nie lubię chodzić jako tako, no i to w zasadzie znacznie utrudnia takie ambitne surwiwale w przyrodzie. Między wycieczkami w góry były więc standardowe grille, mniej standardowy teren na koniach ( matko jak mi tego brakowało to sobie nie wyobrażacie, galopy po łące na Gypsy u podnóża gór to kwintesencja wolności, naprawdę…), był wypad do knajpy, który to grzeczne pieski w ciszy przespały pod stołem, była wizyta w stajni, trochę HBO GO i ogólne obżarstwo, jedzenie bowiem stoi wysoko w priorytetach tak pieska jak i moich 😉

Najważniejsze natomiast było spędzanie czasu ze świetnymi ludźmi – takie wyjazdy to jest mój główny argument za tym, że Internet i social media to GENIALNY WYNALAZEK, jeśli używać ich z głową. Tak, z właścicielką Chii kojarzyłyśmy się oczywiście ze światka fotografii jeździeckiej (jesteśmy bowiem dość zwartą i współpracującą grupą, ciężko więc się nie znać) a nawet byłyśmy razem na Integracji, natomiast bliższa znajomość zaczęła się od Giowego rodzeństwa dopiero i pewnie gdyby nie internet, to by nie zaistniała a to byłoby strasznie smutne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *